O CZYTANIU I PISANIU

Ze wszystkiego co czytam, lubię to tylko, co krwią było pisane. Pisz krwią, a dowiesz się, że krew jest duchem.

Nie ławo cudzą krew zrozumieć, nienawidzę też czytających leniwców.

Kto zna czytelnika ten dla niego nic robić nie będzie.  Jeszcze jedno stulecie czytelników – i duch nawet śmierdzieć zacznie.

Że każdemu wolno nauczyć  się czytać, to psuje z czasem nie tylko pisanie, lecz i myśli.

Fryderyk Nitzsche, Tako Rzecze Zaratustra,  Kraków 2010, s. 38 i n.

Reklamy

modlitwa do lasu

 

SZUMIĄ SUMĄ

mi lasy ponad tymCZASEM

TWARDZIELE UZBROJone

ŚPIEWAją to W SWOJE DŁOnie

czekał wieczoru

Opuścił się CZARny BÓRybak

BYŁ ZNAKOMITY też UCIEKaj!

ak  CI  ZNĘDZnieje MIAsto

brzóz tu ŚPIEWA DOBRAnoc

ka będzie ZBAWIEniem

CIĘ ŚWIAT ZNÓW PRZYDusi

ądż pod GEŁĘZI CIEniem ów

NIc NiKOMU I chaDZaj

SWOimy drogi

odnajDZIEM/Ń

biedny rybak

rzucam przynętę

co mam prócz słowa?

powieki solą sklejone

gładkość ramion

nie moich

nie moich

do końca nie będących moimi

chwytam się brzytwy – końca słowa

i trzymam lub liżę godzinami obślizgłe zatrute węże prawdy

syzyfowy kamień pcham w dół lub taczką pomagam wznosić gruz po przegranych bitwach na szklane szczyty

pływać w błękitnym turkusie źrenic N z delfinami

nawlekać na biodra nutę po nucie spod delikatności Jego opuszków

w konkursie mistrzostw europy skakać z tulipana na mak

prężyć słowo w siedemnastowiecznych salonach rozpusty

zasiadać z De Sadem do stołu pełnego dziewic

z Einsteinem o czasie przy pokerze

o pogodzie z Ghandhim

z Freudem o orgazmie zbiorowym przy miętowej herbacie

o słowo kłaniam się tylko Tobie

###

bałam się wziąć penisa w dłoń

tak to metafora

(gratuluję lub nie) nie lubię się kłaniać maluczkim

bała się że nie zdoła utrzymać

się

 

alas! cóż jej zostało oprócz tuszu?

obity prawy łokieć i spierzchnięte stopy – … … … … … …

szły rzekąc gdy Zaratustra spoglądał w kierunku inspiracji bystrym okiem sokoła

by zgładzić swoje demony musiała tańczyć na krawędzi! podkuta gwoźdźmi podnosi temperaturę powietrza  w lokalach Krakowskiej bohemy

w końcu musiała wystukać całą młodość w dwa słońca miesięcy

– niemożliwe?

nie znasz jej

nie chciała by On zwątpił w miłoŚĆ

tamtemu dawała to i tam to

nie długo tik tak

mistrzowie niewskrzeszani długo leczyli kace

ona  znała te momenty na trasie Sanok – Szczecin zbyt dobrze by zapomnieć kiedy ostatni wagon pędzącej maszyny trafia w wielki trzon enta  – odpięła się od maszyny zębiastego systemu w samą porę

olbrzymią obwodnicą wracała na leśną ścieżkę pod drzewa przy jeziorze w Borach Tucholskich Jego Źrenic

 

znudziła się chaosem niezmiernie szybko

a i ta to to tal toto tak to to tak

czasoprzestrzeń przepuszczona przez palce jak biały piach polinezyjsko – francuskiego raju nie okazał się francuzeczką z rurką z kremem czekoladowym przyprawioną cynamonem miodem i szafranem

jasne CYKLE

musiała czekać —————— potem iść

paść——————————– wstać

kochać————————————-  i przestać

wróciła na łono spokoju w oczekiwaniu pełnym  podniety w gąszcz Jego wąsów umoczonych w 42 letniej whisky

zaprzestała zrywania jabłek
 

 

 

eroTY (któryś z kolei)

pogłębialiśmy się duchowo

wydłubując paznokciami miąższ z wnętrzności piękna

oskalpowując je tępym scyzorykiem zapomnienia

podróżowaliśmy razem

OSÓBowym ku pręcikom tulipanów strzepując pulchny pył beztroski prosto w kielichy

elastyczny spazm rozżarzonej szyny dżwiękiem ubijał żółtą pianę przestrzenioczasu

jak trzepaczką kogel mogel za dzieciaka

penetrowałeś moje jądro

chciało się płakać śmiechem

jasności gładki nieboSKŁON był wdzięczny za rozciąganie rytmu który starł się z wyuzdaną frykcją podbrzuszauszauszauszausza uszausza usza aaaa…

przedramiona nie pozostając na moment w tyle odmawiały ustom cząsteczek CO2

lekko podczerwieniałe palce nie wiedząc co począć zatapiały sie w takt nocturna op. 37 nr. 2 w G w gęstym budyniowym pomarańczu mojego lewego pośladka

podałeś mi na srebrnej tacy

brudnoKolejny orgazm

do Matki

za wód ogroMEM

ciszy miękkich połaci brak

gęstociepłych darmowych odcieni zieleni

SZCZEKAJĄC los szczędzi

nie zmąconych szeptów brzóz szumiących

wielki oddech chłodnego świtu pieści pijane powietrzem oszalałe ciała spalonych słońcem przepysznych samic motyla

zalotny szczebiot naturalnie czarnych rzęs kusi przebiegłych przybyszy odkrywających dawno zapomniane przestrzenie zatok źrenic

nie gniewaj się na mnie Polsko

w cichości wiejskiej chałupy sam chleba nie mogę wypiekać

krów paść

owiec strzyc

drew rąbać

to nie ten czas

za chlebem trza jechać

nie gniewaj się na mnie Polsko

JA tylko się boję że Cię rozbiorą

do naga

do naga

i gwałcić będą

przemocą przejmą

złoto pól

ryk jelenia

lot sokoła

ponieważ dla głodnych i mądrych Twych wilczych wymion zbyt mało…

BETON

nieprzemakalna kropla wolności pod skrzydłem orła?

w noc maleńki niePOKÓJ okruchów kapitalistycznego obornika

z drogi plebsie!

wpieprzają nieżyczliwe włochate wieprze

NIE przeŻARTymi końcówkami czerwonych ryjów wydłubują co smakowitsze lecz  znerwicowane truflle – studentów. i. i. i.

szklane domy z czaszek naiwych bogów

wypełnieni Czystą

(głupotą)

naiwności bezkres w kącikach ust ogłupiałych kurcząt

Wypełnione nieświadomą rozpustą oczy trzynastolatek poją łykiem wspomnienia niedoskonałą pamięć, – co za nogi! – zakrzyczał Tadeusz, gdy kapitalizmu bezlitosne trybiki niszczyły cotygodniowymi wybuchami odpadów wojen giełdowo – jądrowych ciała nieortodoksyjnie wierzących

wyblakłość sframentowanej nadzieji

(ZJEŚĆ, POSPRZĄTAĆ, SPAĆ, I DO PRACY –  KURWA)

(CYTAT)

co za inspiracja!