Dla Nauczycieli

Upłynęło wody w rzece o wiele za mało
Bym o świcie bez mrugnięcia znów mógł patrzyć śmiało
w Twe żrenice

Wiatr jak żagle przyjacielu ciszą splata warkocz
Twe spokoje wiem na wieki pewnie mi wystarczą

Więc tak chodząc martwą nocą za Twoim odbiciem
Ten śpiew kosa ujrzeć da mi czyste Twe oblicze

I choć sztormy nas rozłączą po bitwach pustynnych
Ciepło imię Twe wypowiem nie bacząc na innych

Leć sokole mój kraszony złotemi strunami
Nie ma poza ziemią mocy co by między nami
stanąć mogła

I nie zważaj na znój głodu, bez dotyku chwile
Ja rozdroża przyjacielu duchem swym umilę
i ochronię

Wnet po cichu ręce złożę gdy czuwania koniec
Pędzić bedą mgły świetliste, złoto-czarne konie
a my z nimi

Czas mi w drogę przyjacielu – serce nie zabawka
Szkliste oczy już nie ujżą jutrzejszego ranka
przy Twym boku

Lecz nie zważaj, podróż długa czasu nam nie braknie
Na zachody u wrót morza, których wciąż tak łakniesz

Reklamy

głupota nie boli od razu…a szkoda

wrzucona w zbawienną dolinę  śmierci
wdzięczność za ciepło, miło – znikam wrrrrrrr….

olbrzymia paszcza Szału przepędziła wzrokiem
w arktyczną zamieć

hipotermia uczuć

telepie mnie

telepie mnie

telepie…

szczękościsk – hipernadreakcja na ciszę

lodowaty strach przed utratą konkretnego Opuszka

głupota

galopujące dzikie mustangi – feromony

oceanów granat nie połyka

za mało odwagi by zniknąć po cichu

na palcach przed siebie od teraz

lot sokola przypomina o kratach

strach przed porzuceniem zawiłych linii papilarnych przez konkretne Opuszki

cisza siedzi przy stole i szczerzy kły

odbijają się w nich światła zmęczonych lamp miejskich

warczy

niepotrzebnie kuszę ją spokojem

wgryzła się w uczucie

z aorty sączy się czułość

kap

kap

kap

głupota nie boli od razu. A szkoda…

Władysław Podkowiński, Szał Uniesień, olej na  płótnie, 1846

zaczynam od A (do Z wiecznośći)

NIC prócz pokory!

ci którzy czują palące czarne dziury z braku wiedzy to A
swoją świadomością pożerają sPOKOJE na polu walki

co świt

po horyzont połacie beztroskich maków kuszących ścinają brzytwą, pomiędzy neuronami
luki w datach, pojęciach, nazwiskach – motory artystycznego szlifu

dopiero POTEM wschodzące na złoto księżyce górskie
Autentyczni A  – ci których pali świadomość, że nie są Byronami.

ich  głowy pełne węży, ścięte przy pierwszej wojnie – jak Edena zdeptana wiara.

są i tacy  – na swoje nieszczęście (pomieszane z szaleństwem) walczą,

wiedzą

jak daleko

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do Mistrza?

Stanisław Tarnowski o Artyście

(…) dusza ludzka, nawet największa nie wzlatuje od razu na wyżyny swojej  wielkości, ale podlega różnym wpływom, szarpana róznymi uczuciami leżącymi w naturze człowieka, błąka się, szuka zaspokojenia w zaspokojeniu tych różnych uczuć, zanim znajdzie tę prawdę, która ma jej na całe życie wystarczyć i stać się jej treścią, jej wiara, jej

najwyższą miłością.

S. Tarnowski, O literaturze polskiej XIX wieku, Warszawa 1977, s.92 i n.