CMENTARZYSKO ZIEMIA czyli metamorfoza cerebrum urzeczywistniona (z błędami i do edycji drogi czytelniku, hihihi)

CMENTARZYSKO ZIEMIA

czyli

metamorfoza cerebrum urzeczywistniona

 

                   „Kto zna czytelnika, ten dla niego nic robić nie będzie”. Tako rzecze Zaratustra. Nietzsche

I

Daleko nam

do miotających bitami diabelskich ustrojstw,

pożerających nasz zbawczy romans z Vernus.

W społeczeństwie spektaklu i wojny, wijemy zielone gniazda zawsze z dala od sceny, otwartych ran i amerykańskich usmiechów.

Rozżarzamy lepką, szkarłatną, sosnową żywicą, wyczerpane sczórzym podgryzaniem i upstrzone zgnilizną,

stronice zakurzonych baśni i fraszek stareńkich,

niedokończonych.

  II

A gdzie to jest?

Zgarbieni nad księgami,

o oprawach twardych i suchych,

zwyrodnialcy kościści gwałcą obojętnością aksamity jezior, od pór letnich przyjemnie ciepłe,

systemowo nieistotne.

Tu strumienie sumień skraplają się w mgławicę ze zmielonych płatków judaszowca chińskiego.

A tam scinają pnie prawd omszałych życiem, spróchaniałych tuż przed pierwszym liści rozkwitem.

Bończucznymi kilofami o hebenowych rękojeścach , wydobywają martwą wiedzę,

aż po samo dno czarnnoziemu prawdy.

Spoconymi dłońmi przekładają strony kartek ze wzrokiem mordercy.

Tak jak i my – wyznawcy dialektyki oświecenia,

wplatają żyły pomiędzy szpiczaste numery stron a rozgrzane tory akapitów.

Połykając naczczo strofy, budją szklane świątynie, czcząc transcendentalną wrzechmoc słów.

W zaduchu komory pustelniczej pomiędzy nieistnieniem prawdy skrzydlatej i zaprzeczeniem wszechrzeczy molekuł materii martwej,

słowo ciałem się staje, ciało staje się słowem.

Więzniowie pragmatyzmu – gleba skazańców, którzy jeszcze nie odetchnęli smogiem logiki.

Wraz z nadejściem potwornego reumatycznego bólu kończyn,

wysyłają więźniów na detox w Bory Tucholskie.

Tam poją naparami z pokrzywy i melisy,

karmią ciastami nasączonymi malinowo-porzeczkowym zapomnieniem.

           III

Pisaniem,

nie warto wciąż palców męczyć.

Z płuc naszych nory zajęcze,

z paznokci truskawek szypułki

a z oczu smutnych krucze borówki,

ostaną.

Z żył lawa żywiczna wysączy.

Z mózgów bluszczu zielone rozkosze,

lub śpiew na starym dębie nęcący,

co budzi w nocy kochanki jasnowłose.

A juści zetną te dęby i inni Postępu wyznawcy,

i z zaciśniętymi ustami, z miazg mózgów wyczytywać będą diamentowe liczb ciągi,

nie wiedząc co wieszczby, wyplatane rubinem kasztana szepczą do słowików o północy.

Baucis i Filemon zostaną zabici.

A Goethe znów zapłacze głośno gdy możni swe pięści zacisną.

VI

 My

– ofiary słodkiego wiem

– przeżuta i podgniła celuloza przyszłych stronic

– niewolnicy spętani odorem wczorajszych pleśni

– ugoszczona ciepłem zastępów traw i oceanami mchów sporadyczna domieszka gleby

– splątane gałęzie rosochatej wierzby – wygięte w spaźmie nadgarstki dziewicy

– bólgoczące jadem myśli zatopione w zastęchłym bagnisku na Cmentarzysku Ziemia.

Czy uszy przywarłe do muszli nie słyszą ciszy perłowej?

Czy morał wyczyta ktoś inny?

O rzeczy ludzkich mijaniu,

O zapomnieniu, co rośnie,

Nim jeszcze płomień przygasnął.

Reklamy

W PODZIĘKOWANIU DLA W

I

Ile jeszcze czasu musi upłynąć w rzece

byś zrozumiał że spojrzeniem, ruchem, słowem wbijasz ostrze śmiertelne w łono moje

Ty który złapałeś mnie za dłoń gdy byłam jeszcze polnym kwiatem więdnącym na widok sarny

Ile jeszcze czasu musi upłynąć w rzece

byś przemyślał czyny swoje i ukochał wrażliwość moją, która choć drży namiętnością spokoju szuka w oczach niedźwiedzich

Ty który złapałeś mnie za dłoń gdy byłam jeszcze polnym kwiatem więdnącym na widok sarny

II

Ile jeszcze czasu musi upłynąć w rzece

byś dostrzegł we mnie czarny budulec, który choć z ziemi jałowej powstały i w zbroję okuty, pnie się i piętrzy by prostotą swoją przebić głębiny duszy twojej

Ty który złapałeś mnie za dłoń gdy byłam jeszcze polnym kwiatem więdnącym na widok sarny

III

Ile jeszcze czasu musi upłynąć w rzece

byś smakując strach mój, szlif udoskonalił, kochał każdą rysę, niedociągnięcie lica mego

IV

Ile jeszcze czasu musi upłynąć w rzece

byś pokonał głód mój,

lzy namiętności płynące po policzkach do rzeki śmierci

łapał,

przyglądając się im z rzeki wyławiam i oddzielał co bledsze perły do stawu rozkoszy

Ty który złapałeś mnie za dłoń gdy byłam jeszcze polnym kwiatem więdnącym na widok sarny

V

Ile jeszcze czasu musi upłynąc w rzece

byś odkrył przede mną drogowskazy myśli twoich kryjące się na rozdrożach linii papilarnych

Ty który złapałeś mnie za dłoń gdy byłam jeszcze polnym kwiatem więdnącym na widok sarny

Kim jesteś i czy na pewno wolno mi miłością swoją nakazać tobie iść tam gdzie cisza kłania się każdemu wschodowi słońca?