JESIENNE PRZEBUDZENIE, śmierć EGO

Krwawe liście w promieniach złotego słońca świadomości. Wczorajsza miłość, wczorajsze EGO, Zachłanna bestia, nienasycona…

Podeszła do niego powoli i powiedziała szeptem: „To życie jest tańcem, żadnych  wyuczonych ruchów, tylko tu i teraz z innym ciałem. Słuchanie swojego ciała w kontakcie z innym bytem i porozumiewanie się poprzez oddech, dotyk i znalezienie wspólnego balansu w ruchu… W takiej wspólnej medytacji wzlatujemy ponad granice umysłu myślącego, nie mamy imienia, kultury, czas nie istnieje. Wtedy łatwo jest pojąć że nie jesteśmy swoim ciałem czy umysłem. Jesteśmy światłem i miłością, uwiezionymi w tymczasowej formie – fizycznej i astralnej. To śmierć EGO.”

Odpowiedział jej półuśmiechem.

 

Head

 

 

 

Reklamy

YIN YANG, POWRÓT DO TAO

Fizyczne ciało wwierca mnie, w żyzną, ciepłą, miękką glebę ducha.

Sen i Oddech to moi przyjaciele.

Cisza – boska Kochanka, kwiat – Zapomnienie.

Chłodny sens niebytu na karku koi zmysły.

Resztki nieczystości ulatują wraz z czarnym dymem z nozdrzy.

Ponad czasem i dźwiękiem odnajduję Tao.

Ponad lękiem i myślą odnajduję Tao…

e6b7b5af6e

 

 

 

 

YIN YANG

Pani Jesień pachnie rześko. Kasztanowym bursztynem
odbijany szelest. Od nozdrzy wygłodniałych
usta drżące zdumieniem…
Co noc do portu zawijam, odziana w księżyca strzępy.
Miedzy uda Twoje jak łódka bezdomna, bez żagla i celu, wpływam. Oszołomiona Twym spokoju blaskiem.
Zakotwiczonam
 
Krwawe liście wwiercają się w czarną ziemię
Ciało ukrzyżowane zmęczoną toksyną
W duszy nic
Czarno-białe sny mam
Yin Yang
72acd7eb6484814eb5ec43dac62be516

CMENTARZYSKO ZIEMIA czyli metamorfoza cerebrum urzeczywistniona (z błędami i do edycji drogi czytelniku, hihihi)

CMENTARZYSKO ZIEMIA

czyli

metamorfoza cerebrum urzeczywistniona

 

                   „Kto zna czytelnika, ten dla niego nic robić nie będzie”. Tako rzecze Zaratustra. Nietzsche

I

Daleko nam

do miotających bitami diabelskich ustrojstw,

pożerających nasz zbawczy romans z Vernus.

W społeczeństwie spektaklu i wojny, wijemy zielone gniazda zawsze z dala od sceny, otwartych ran i amerykańskich usmiechów.

Rozżarzamy lepką, szkarłatną, sosnową żywicą, wyczerpane sczórzym podgryzaniem i upstrzone zgnilizną,

stronice zakurzonych baśni i fraszek stareńkich,

niedokończonych.

  II

A gdzie to jest?

Zgarbieni nad księgami,

o oprawach twardych i suchych,

zwyrodnialcy kościści gwałcą obojętnością aksamity jezior, od pór letnich przyjemnie ciepłe,

systemowo nieistotne.

Tu strumienie sumień skraplają się w mgławicę ze zmielonych płatków judaszowca chińskiego.

A tam scinają pnie prawd omszałych życiem, spróchaniałych tuż przed pierwszym liści rozkwitem.

Bończucznymi kilofami o hebenowych rękojeścach , wydobywają martwą wiedzę,

aż po samo dno czarnnoziemu prawdy.

Spoconymi dłońmi przekładają strony kartek ze wzrokiem mordercy.

Tak jak i my – wyznawcy dialektyki oświecenia,

wplatają żyły pomiędzy szpiczaste numery stron a rozgrzane tory akapitów.

Połykając naczczo strofy, budją szklane świątynie, czcząc transcendentalną wrzechmoc słów.

W zaduchu komory pustelniczej pomiędzy nieistnieniem prawdy skrzydlatej i zaprzeczeniem wszechrzeczy molekuł materii martwej,

słowo ciałem się staje, ciało staje się słowem.

Więzniowie pragmatyzmu – gleba skazańców, którzy jeszcze nie odetchnęli smogiem logiki.

Wraz z nadejściem potwornego reumatycznego bólu kończyn,

wysyłają więźniów na detox w Bory Tucholskie.

Tam poją naparami z pokrzywy i melisy,

karmią ciastami nasączonymi malinowo-porzeczkowym zapomnieniem.

           III

Pisaniem,

nie warto wciąż palców męczyć.

Z płuc naszych nory zajęcze,

z paznokci truskawek szypułki

a z oczu smutnych krucze borówki,

ostaną.

Z żył lawa żywiczna wysączy.

Z mózgów bluszczu zielone rozkosze,

lub śpiew na starym dębie nęcący,

co budzi w nocy kochanki jasnowłose.

A juści zetną te dęby i inni Postępu wyznawcy,

i z zaciśniętymi ustami, z miazg mózgów wyczytywać będą diamentowe liczb ciągi,

nie wiedząc co wieszczby, wyplatane rubinem kasztana szepczą do słowików o północy.

Baucis i Filemon zostaną zabici.

A Goethe znów zapłacze głośno gdy możni swe pięści zacisną.

VI

 My

– ofiary słodkiego wiem

– przeżuta i podgniła celuloza przyszłych stronic

– niewolnicy spętani odorem wczorajszych pleśni

– ugoszczona ciepłem zastępów traw i oceanami mchów sporadyczna domieszka gleby

– splątane gałęzie rosochatej wierzby – wygięte w spaźmie nadgarstki dziewicy

– bólgoczące jadem myśli zatopione w zastęchłym bagnisku na Cmentarzysku Ziemia.

Czy uszy przywarłe do muszli nie słyszą ciszy perłowej?

Czy morał wyczyta ktoś inny?

O rzeczy ludzkich mijaniu,

O zapomnieniu, co rośnie,

Nim jeszcze płomień przygasnął.

W PODZIĘKOWANIU DLA W

I

Ile jeszcze czasu musi upłynąć w rzece

byś zrozumiał że spojrzeniem, ruchem, słowem wbijasz ostrze śmiertelne w łono moje

Ty który złapałeś mnie za dłoń gdy byłam jeszcze polnym kwiatem więdnącym na widok sarny

Ile jeszcze czasu musi upłynąć w rzece

byś przemyślał czyny swoje i ukochał wrażliwość moją, która choć drży namiętnością spokoju szuka w oczach niedźwiedzich

Ty który złapałeś mnie za dłoń gdy byłam jeszcze polnym kwiatem więdnącym na widok sarny

II

Ile jeszcze czasu musi upłynąć w rzece

byś dostrzegł we mnie czarny budulec, który choć z ziemi jałowej powstały i w zbroję okuty, pnie się i piętrzy by prostotą swoją przebić głębiny duszy twojej

Ty który złapałeś mnie za dłoń gdy byłam jeszcze polnym kwiatem więdnącym na widok sarny

III

Ile jeszcze czasu musi upłynąć w rzece

byś smakując strach mój, szlif udoskonalił, kochał każdą rysę, niedociągnięcie lica mego

IV

Ile jeszcze czasu musi upłynąć w rzece

byś pokonał głód mój,

lzy namiętności płynące po policzkach do rzeki śmierci

łapał,

przyglądając się im z rzeki wyławiam i oddzielał co bledsze perły do stawu rozkoszy

Ty który złapałeś mnie za dłoń gdy byłam jeszcze polnym kwiatem więdnącym na widok sarny

V

Ile jeszcze czasu musi upłynąc w rzece

byś odkrył przede mną drogowskazy myśli twoich kryjące się na rozdrożach linii papilarnych

Ty który złapałeś mnie za dłoń gdy byłam jeszcze polnym kwiatem więdnącym na widok sarny

Kim jesteś i czy na pewno wolno mi miłością swoją nakazać tobie iść tam gdzie cisza kłania się każdemu wschodowi słońca?

DO MIŁOŚNIKÓW POEZJI RÓŻEWICZA NA SPOKOJNĄ NIEDZIELĘ

Polyp. ‚Stay on Target’, Polyp.org.com,[accessed 7th October 2012], available at:<http://www.polyp.org.uk/cartoons/arms/polyp_cartoon_War_Civilian_Casualties.jpg&gt;

pamiętaj abyś dzień święty święcił!

i co?
jesteśmy Ocaleni? my czyli kto?

furgony porąbanych ludzi, którzy nie zostaną zbawieni

wciąż tu są

skrzypiące koła na mrozie NIE CHCĄ/Ę SIĘ UGIĄĆ pod ciężarem powagi sytuacji, dźgane/a kikutami anorektycznych dusz

jałowe podesty gnijących władz lśnią w bursztynowym odbiciu krwi niewinnych

ah, o tym już przecież było…..!? przepraszam Cię Odbiorco Kolorowych Bilboardów

tamci i tak nie wiedzą o tym, a Ty już pewnie nie czzytasz?

czytasz?!

– tamci nie wiedzą o tym że ja płaczę patrząc przez palce jak furgonom z porąbanymi ludzmi, którzy nie zostaną zbawieni braknie miejsca na drodze do równości,wolności,  demokracji,

czytasz ale czy to Cię _______??? i czy powinno

niedziela 13/09/1942, 43,44…   czy   21/11/2012

NOWIUTESIENIECZKIE POEMATOWANIE

WERSY ZA ORGAZMY!

w bawełnę nie owijam ale w drut kolczasty

nie lubię pierdolić lecz kochać

od rzeczy do rzeczy

w rzeczach odnajdować niematerię

wyławiać zatapialne SENsy

BYĆ DORZECZZEM DORZECZY  – DO RZECZY

###

uwalniając się wyrywam oś czasu nad czasu lasem

okiełznowując demony rozkoszy nad miastem duchów w ciszy minionych

przepaści

wnet przy zaćmieniu

wrzosy  koloru  soczyście dojżewających w ametyście księżyców

EROTY (który…? wiadomo)

ciało pali z głębi grzechu pragnienia

i znając jaśniejącą mocy przejżystość żrenic

bywała dla niego okazałą poświatą

pod postacią nagiej prawej wyspy z wysokim brunatnym czubkiem okraszonym pyłem wulkanicznym o smaku miodu

znała jego wielkośc opartą na słabości do jej nagich ramion

w towarzystwie

patrzył jak końcówką smukłego lecz puszystego ogona swojego jestestwa

kruszy

wielorakoczasoprzestrzenne odcienie zieleni

###

jedynym powodem dla którego George Sand wychodziła z łóżka Mistrza

były one

braki czasoprzestrzennego raju, które zabraniały dosięgnięcia mnogowielkościowych urządzeń maszynowych, w których starodziejny czas (dawno pominąwszy energię)

wyciskał odlewy łukowatych cierni na białym dziewiczym pergaminie

odlewy:

zakleszczały się w łukowaty promienisty sposób skorpoionowaty

na osi przekwaterowanej nadziei

zadziwiająco szybko wzlatywały ich popioły palone wiekuistym ogniem rżądzy

ona nieoczekiwanie natknąć się nie mogła na szyny wodospadów koloru granatu

ONE  – PASKUDNE ODLEWY PROMIENI CZASU NA PERGAMINIE

drażniły przysłaniając blade od niewyspania końcówki żrenic Mistrza

od niechcenia zamaszyście kierując budyń swojego ciała to w lewą to w prawą stronę, dostrzegając zapach granatowego morza pachnącego pomarańczą świtu

wyłączała budzik

 

ONA

tam gdzie one szukały porów skóry innych samców

tam ona pisnęła wykrzywiając twarz by zapaść w zadumę równą czerni świętego Antoniego na płaszczyćnie A.W.

zacieśniała kanały promienistych wejść

– trwało to długo

dotychczasowe czterocyfrowe kody dostępu  nie dawały wystarczającej ochrony z zewnątrz

we środku raj

na zewnątrz strach przykrywant dozą złudnej poświaty bezwstydnego uśmiechu

– nie ma czasu – powiedział

zagryzła mocniej wargi patrząc wstecz

– nie oglądaj się!

posłuchała ze smutkiem zerkając w słońce przegryzając wargi do krwi

zcałował ją całą ze smakiem

a nie musiał!

strach dostarczał paraliżu dożylnie co pomagało wychodzić na prostą

wśród gąszczu dzikich średniowiecznych pnączy borów środkowoeuropejskich

dojżałość winogron umacniała wolną wolę

 

ANTONIM URZECZYWISTNIONY  

walka o spokój

spokojem walka

walka spokojna

premiera kolejnej sztuki w Teatrze Natutury

spektakl jednorazowy jak jednorazowy papierowy talerz umazany ketchupem  – z róznicą  jakościową zjawisko tej samej długości

kumulusy tulą udami promienie

liżniete wiatrem H2O niestrudzenie odwdzięcza się obserwatorowi za uważne skupienie spojówek na nieopisywalnych drobinkach złota poprzeplatanych zmarszkami

ruchliwej czerni

żrenicą rozkosz kradnącej

palcom mylne zgłoski

srogość wiatru znudzona popołuniowym gniewem bogów

przegania obserwatora z kretesem

słoneczny telewizor koi walkę spokojem

promienie na tafli mokrego lustra znów pomagają toczyć

kamień ku górze