(Z CYKLU EROTY) EUFORYCZNO – EGZOTYCZNY FRAGMENT OBRAZU EROTYCZNEGO O MIŁOŚCI NIEFIZYCZNEJ

CZĘŚĆ TRZYDZIESTA PIĄTA

głęboko pod przemoknietą powieką –

mozaikową kopułą kaplicy z pokruszonych skorupek zaprzeszłych odcieni marzeń…

Przepysznopuszyste karmelkowe promienie słońca,

niepiekielne a wiekuiste, żarzące się bystrością mgławice strumieni

ciepło, wykonane z najtrwalszego,  kunsztownie zdobionego kruszca, żłobionego we fragmenty wzorów niedokończonych obrazów Buonarroti’ego

odbijam nieuzbrojony szept od, dopieszczonego dotykiem monsuna, pnia rozkwitającego dębu, z perspektywy kąta prostego.

odbijam dzwięk szelestu, powstałEGO na skutek energicznych podmuchów westchnień skrzydlatych rzęs do źdźbła trawy, w dolince Bieszczadzkiej

CZĘŚĆ ÓSMA

Z  czaszki nieokiełznanej a transcendentnej rządzy, wynurza się ona – prostolinijna Castimonia,

wprost u Twych stóp kropla rosy na bezsprzecznie rajskim, wilgotnym sklepieniu u podnuży emeraldowej ciszy.

Castimonia przynosi odbezpieczoną bąbę jądrową beztroski,

nie naruszając osi

(NIE) byt (u)

Reklamy

kosmicznie daleko do niego

żył we mnie

tasiemiec pozornie nieuzbrojony

od dziewictwa do mniemanej systemowej dojżałości

długich błogo nie przespanych narodzin i śmierci zimnych księżyców

44 miliony

wrzasków wypadających włosów przy końcach świtów

akt rozkruszania duszy

paznokciem głodu ciepła

wyrzeźbiałam promienie pierwszego słońca

dla świata były to tylko sygnały biegnące po liniach wysokiego napięcia

czasem prz pomocy białej kupy żelastwa unoszącej się  w przestrzeni międzyplanetarnej czerni okołoziemskiej.

docierałam do jego podświadomości

sygnały neuronowe wysyłane w kosmos w nadzieji odbicia się od wielkiej niedżwiedzicy

dawały ciepło

a on wbijał sztylety z szeroko zamkniętymi oczami

nieświadomie (co nie zmnieniło wcale natężenia bólu)

w kobietę rozpiętą na zataczającym się kole fortuny marzeń

Wszystko po to by poczuć na moment że żyjąc (i tak) samotnie

nie umrę zapomniana

samowolnie znów zdejmuję odzierz i zimowe buty przytwierdzając gwożdzmi do koła foruny marzeń posklejaną duszę

teraz rosną skrzydła

nie myślę

Katarzyna Kubicz, Ból, 23/09/2012, <http://mlodzikreatywni.pl/praca/pokaz,59,widok.html&gt;. 

Dla Nauczycieli

Upłynęło wody w rzece o wiele za mało
Bym o świcie bez mrugnięcia znów mógł patrzyć śmiało
w Twe żrenice

Wiatr jak żagle przyjacielu ciszą splata warkocz
Twe spokoje wiem na wieki pewnie mi wystarczą

Więc tak chodząc martwą nocą za Twoim odbiciem
Ten śpiew kosa ujrzeć da mi czyste Twe oblicze

I choć sztormy nas rozłączą po bitwach pustynnych
Ciepło imię Twe wypowiem nie bacząc na innych

Leć sokole mój kraszony złotemi strunami
Nie ma poza ziemią mocy co by między nami
stanąć mogła

I nie zważaj na znój głodu, bez dotyku chwile
Ja rozdroża przyjacielu duchem swym umilę
i ochronię

Wnet po cichu ręce złożę gdy czuwania koniec
Pędzić bedą mgły świetliste, złoto-czarne konie
a my z nimi

Czas mi w drogę przyjacielu – serce nie zabawka
Szkliste oczy już nie ujżą jutrzejszego ranka
przy Twym boku

Lecz nie zważaj, podróż długa czasu nam nie braknie
Na zachody u wrót morza, których wciąż tak łakniesz

biedny rybak

rzucam przynętę

co mam prócz słowa?

powieki solą sklejone

gładkość ramion

nie moich

nie moich

do końca nie będących moimi

chwytam się brzytwy – końca słowa

i trzymam lub liżę godzinami obślizgłe zatrute węże prawdy

syzyfowy kamień pcham w dół lub taczką pomagam wznosić gruz po przegranych bitwach na szklane szczyty

pływać w błękitnym turkusie źrenic N z delfinami

nawlekać na biodra nutę po nucie spod delikatności Jego opuszków

w konkursie mistrzostw europy skakać z tulipana na mak

prężyć słowo w siedemnastowiecznych salonach rozpusty

zasiadać z De Sadem do stołu pełnego dziewic

z Einsteinem o czasie przy pokerze

o pogodzie z Ghandhim

z Freudem o orgazmie zbiorowym przy miętowej herbacie

o słowo kłaniam się tylko Tobie

###

bałam się wziąć penisa w dłoń

tak to metafora

(gratuluję lub nie) nie lubię się kłaniać maluczkim

bała się że nie zdoła utrzymać

się

 

alas! cóż jej zostało oprócz tuszu?

obity prawy łokieć i spierzchnięte stopy – … … … … … …

szły rzekąc gdy Zaratustra spoglądał w kierunku inspiracji bystrym okiem sokoła

by zgładzić swoje demony musiała tańczyć na krawędzi! podkuta gwoźdźmi podnosi temperaturę powietrza  w lokalach Krakowskiej bohemy

w końcu musiała wystukać całą młodość w dwa słońca miesięcy

– niemożliwe?

nie znasz jej

nie chciała by On zwątpił w miłoŚĆ

tamtemu dawała to i tam to

nie długo tik tak

mistrzowie niewskrzeszani długo leczyli kace

ona  znała te momenty na trasie Sanok – Szczecin zbyt dobrze by zapomnieć kiedy ostatni wagon pędzącej maszyny trafia w wielki trzon enta  – odpięła się od maszyny zębiastego systemu w samą porę

olbrzymią obwodnicą wracała na leśną ścieżkę pod drzewa przy jeziorze w Borach Tucholskich Jego Źrenic

 

znudziła się chaosem niezmiernie szybko

a i ta to to tal toto tak to to tak

czasoprzestrzeń przepuszczona przez palce jak biały piach polinezyjsko – francuskiego raju nie okazał się francuzeczką z rurką z kremem czekoladowym przyprawioną cynamonem miodem i szafranem

jasne CYKLE

musiała czekać —————— potem iść

paść——————————– wstać

kochać————————————-  i przestać

wróciła na łono spokoju w oczekiwaniu pełnym  podniety w gąszcz Jego wąsów umoczonych w 42 letniej whisky

zaprzestała zrywania jabłek
 

 

 

eroTY (któryś z kolei)

pogłębialiśmy się duchowo

wydłubując paznokciami miąższ z wnętrzności piękna

oskalpowując je tępym scyzorykiem zapomnienia

podróżowaliśmy razem

OSÓBowym ku pręcikom tulipanów strzepując pulchny pył beztroski prosto w kielichy

elastyczny spazm rozżarzonej szyny dżwiękiem ubijał żółtą pianę przestrzenioczasu

jak trzepaczką kogel mogel za dzieciaka

penetrowałeś moje jądro

chciało się płakać śmiechem

jasności gładki nieboSKŁON był wdzięczny za rozciąganie rytmu który starł się z wyuzdaną frykcją podbrzuszauszauszauszausza uszausza usza aaaa…

przedramiona nie pozostając na moment w tyle odmawiały ustom cząsteczek CO2

lekko podczerwieniałe palce nie wiedząc co począć zatapiały sie w takt nocturna op. 37 nr. 2 w G w gęstym budyniowym pomarańczu mojego lewego pośladka

podałeś mi na srebrnej tacy

brudnoKolejny orgazm