poezja

do E.S.

Gdzie pętli sznur zaciska szyję

TAM za/o WSZE za daleko

do poboczysk skąpanych słońcami

spacerów skończonych miłością nad rzekami

ze smaczności utkanych barw Leśnych Malin Milczących

z latawców czarno – białych gazet z różnokolorowymi skrzydliskami

Gdzie pętli sznur zaciska szyję

Tam zbóż kłos zapładnia czerstwość chleba

Zmartwychwstania wschodu początki wskrzeszają jasność bólem

Gnania przed siebie bezlitosna POTRZEBA?

Pasie rozwścieczony ludzi rój

Tam pewien jesteś że nie ma nieba?

Gdzie pętli sznur zaciska szyję???

Już Stachu tam nic nie dolega?!?! …

ORGAZMICZNIE

trzy tory kolejowe pachną potem letniej wolności (IŚĆ!)

bez konta (w koncie)

w banku i kosza z praniem

odbijam się od gładziuchnych przyjaciół drzew

bezpiecznie lądując w objęciach beztroski

Korytarze Wspomnień znów ratują od arszeniku

jeszcze jeden do Steda

Odeszły one

Rosy beztroskie pijanego poranka.

Ptak nie szczebioce

Kogut pruuuuuuuujeeeeee świadomość o świecie

Ból kończy(n) z braku (s)pokoju

Droga powrotna do stanu nieistnienia

TAAAAKA PROSTA

Może porozmawiamy szeptem o poezji

A jednak czy chciałbyś wrócić

czy warto?

$$$

15 letnie wygolone

dziewczątka rozwartymi

nogami

ustami

ubijają jaja

w reklamie babki bożonarodzeniowej

obłąkana kobieta gada z krzyżem

wielkości trzepaczki do jajek

GŁUPIA ma nadzieję

klikam,

szczęśliwe blondynki mężów biznesmenów gładzą grzeczne dzieciątka

w ubraniach of Prady

stary mężczyzna z laską

chwieje się na wietrze

góra za górą

rzeczywistość?

###

Przetworzone myśli zaprzeszłych lat leżą na wysypisku śmieci mojej świadomości. Niektóre ich końcówki nerwowe wciąż skaczą do gardła wypominając gęste labirynty zaprzepaszczonych szans. Niesione nadzieją zielone marzenia biegną jasnym tunelem na przełaj. Srebrzyste kłujące sieci pajęcze w labiryntach tętnic poszerzają świadome niezadowolenie z braku możliwości rozciągnięcia na płasko materialnej mej części na ciepłej ziemi i utkwienia wzroku w różnozielonych liściach drzewa pomarańczowego przysłaniającego różnorakie długości odbić morskich na tafli horyzontalnego raju.

27/06/2011

Poeci na dnie flaszki

W chwilach wolniejszych

Topią motylę za stópki

Wyrywają wyblakłe skrzydełka

Zupełnie osamotnieni w grupie wściekniętych zwierząt

Nie obce im bezdomne myśli skrzętnie zakopane pod kupą popiołu po przegranych bitwach

Wypływają na taflę rzeczywistości

Zawsze/Tylko/Czasem/ Co dzień pod JEJ wpływem

###

Ludzie o oczach zgwałconych marionetek

Czekaja na pociąg

Wyrok Śmierci

Zakażam syfem wzrok wlepiony w glizdę posadzkę

Każde spojrzenie wdziera się do gęstwin ich wnętrzności

Skrzywdzeni normalnością

Podtrzymują reszteczki duszy w stanie śmierci klinicznej

Niepokoją mnie swoim spokojem

SMRÓD POSADZKI

Nieprzerwany potok

Zbędnych myśli

W bólu płodzę nowe

Dzieci słowa

Kaleki lecz ruchliwy rój pszczół

Znów zamilkł

A ja chcę wywrzeszczeć ich szarość

Do nich

O nich

O nich

Pociąg prowadzi tylko wagony sypialne KOMUNIKACJI MIĘDZYNARODOWEJ

***

bezkresna ogłupiała

naćpana letnim powietrzem nadzieja dziecięca

dziś już tylko dziecinna

zagubiona w gęstwinie okołobiegunowej tundry

brzytwą cięta

zszargana wynędzniała

wyliniały kot z parchem

niegdyś puszysty Ragdoll z medalami

leży rozcięty ostrą brzytwa i miauczy o powrót dnia w którym orgazm spożywczy

wywoływany był samoistnie na widok miski

Za słowo przepraszam

(DO W)

I dałam się W To bić

W nietrwałość samogłosek współgłoskowych

Raj goRĄCZEK

Począteczki świtań ść okraszone

Kraść, chorą żyć, spać i koch koch koch

I dalej i dalej budulcować

Prasić gotić sprzątnić

I kierować Cię zdrowaśką rozsądku

A Ty na to rozsiąść gawędzić

Nie nie nie nie przemęczować!!!

Ja na to budulcować budulcować

Dom z liści kraść!

Dom z ud wygiętych wyposażać w dobroć!

I gładzić Cię gładzić

i Chuch i Dmuch i

tchnąć puchOŚĆ w TE uda

cieplusieńkie golusieńkie Twojusieńkie

Twojusieńkie Twojusieńskie zapewniać

Zapewniać zapewniać Twojusieńskie

Podobować mi Twoja się licość (I COŚĆ???)

A Ty rozsiąść I pogawędzić

Palić palić zielonOŚĆ

oooooooo zapomieniwać promienić słodkość

O wszyściuteńkim zapomnie

Tylko nie o Twoim, Twój, Tobie

Tak Tak Tak

A ja płaka płaka

Jak pies skomle błaga

A Ty tańcowa śmia się śmia się

Ty W roli głównej spektaklu ‘Dzieci Ravu’

Ty zapła zapła zapła

Plyń utoń w toń

A/Z apłacz

JUŻ BEŻ ❤ ŚĆ

POETA ANALFABETA

To do wszystkich tych co słyszą I rozumią

Dziś robole nad poemą ciężko dyszą

Strofy rymy się wypiętrzą

Prześcigują

Bo poeci to ci co rym pisać umią

Rym to przecież jest enigma niesłychana

Kunszt wytrawny – kawior strawny

Od wieczora aż do rana

Rym poprawny

AB

BA

i ABA

KARUZELA KARUZELA

Wiezie dziś poetów wielkich na ołtarze

Sam Mickiewicz im dziś musi tron odstąpić

Śmieszne pogubione słówka jak paciorki

Głupcy dławią się prościutką łamigłówką

Cegły w dom – sznureczki układają się w koronki

Czy miejsca Poemie wystarczy?

Czy rym zbesztany zostanie?

Bezsennością zatapiam ich fundamenty

Niech będzie ten poeta przeklęty

Co w czoła pocie cegły układa

Dla analfabety to dobra zasada

AB

BA

i ABA

W kółko pędzi rozszalała karuzela

???

A kiedy wszystkie strofy mych bogów

Dadzą się poznać

Drogi do Rzymu

Kwiaty kaktusa

Odcienie zieleni

Wezmę pod ramię białą nicość

Długa będzie

Cicha

Ostateczna

Wystarczająca by uśmiech

Tuż przed spotkaniem JEJ

Był nie u dawany

Babiloński smród zostawiam’

Pomyślę

A jednak dobrze że sznur marynarski zwinięty

###

Wiem że wstanę jutro tako jako

                                   Dzisiaj

                   i przed

wczoraj

Odsłonić zasłony powiek?

zęby

ubrania

herbata

Ależ skąd to nie depresja!

Potrzeba nazywania wykańcza

Stawianie czoła świadomości

Zawsze można też wyjść z domu

I spojrzeć ZE STRACHU obcym w oczy

$$$

Funkcjonalna sprzedaż uśmiechów

Za £

ŻYGAM

pustymi komplementami w zmęczone lica kobiet

Zombie konsumpcyjnego teatrzyku

Mlaskaniem miażdżą wrażliwość

Ociekające śliną zimne palce

Chwytają w pośpiechu obiekty

Niemożność kupowania

Wykręca twarze jęczącym grymasem

A jednak fikcja okazała się jednojajową bliźniaczką rzeczywistości

TAŃCE HULANKI

Siedzą i jedzą –

TŁUSTE KIEŁBASY

Końca nie widać

SWAWOLA KRÓLOWĄ

Głupcy znów GÓRĄ

WRAŻLIWOŚĆ WYMARŁA

wyszło im na lepsze (NIŻ MI)

 

 

BYŁ SOBIE rodzący się dystans

Poszarpane końcówki nerwowe stanęły w zwartym szeregu. Zbiórka na placu defiladowym odbyła się punktualnie o świcie w sobotę. Te młode jak i zdziadziałe, podjęły zażyłe obrady. Po 240 uderzeniach młotem o kowadło podjęły jednogłośnie decyzje o bezzwłocznej

Kapitulacji. Te co jeszcze mogły podniosły drżącymi raczkami białe flagi. A wszystko za sprawa piątkowego wieczoru. Oddział Komórek Nerwicowych pod wezwaniem

LĘKU napotkał w prawej aorcie sunący z naprzeciwka oddział SZARYCH KOMÓREK do służb specjalnych. Wytłumaczywszy oddziałowi końcówek nerwowych iż

UPADEK Z WYSOKA MA NATURĘ POWTARZALNĄ

komórki nerwowe odetchnęły z ulga

i posypał się deszcz kamieni który spadał im prosto z syzyfowych serc.

Problem (jak się zawsze później okazuje) tkwił w nieuwzględnieniu efektów związanych ze zmianą amplitudy częstotliwości bólu niefizycznych części świadomości wraz z upadkiem.

 

 

 

###

z łatwością wypowiadam paskudne słowa

bezmyślnie wepchnięte w me usta

wraz z malinową kaszką manną dwie dekady temu

na palcach liczę monety

nie już kaczuszki nad rzeczką

zdeptany mięsień sercowy

zwichnięte nadgarstki

zbyt ciężko

by unieść globus na maluśkich dłoniach

co dzień pragnę pozostać dzieckiem

nieświadomości koło ratunkowe zatopione

bawię się z dorosłymi

gigantami bez duszy i marzeń

gramy w domino

tylko czarne i białe

i czarne czarne czarne czarne czarne

znów przegrałam

i tylko biało czarny uśmiech starej babci

i białe chmury

Krzyczą

jeszcze w zielone gramy

Z NIM (wersja niegrzeczna )

kręconowłose niePrzem I erzone pętelki tunEli czasoPrzestRZennego raju

labirynt czarności źrenic poMiędzy świtającą okieNnicą okraszoną jęk I em majowEgo ptactwa

a twardą od gotowości twierdzą na białych połaciach grzeszących sprężystością piersi

mocno wciskam dziewiczą NIeświadomość z kości słoniowej w jego bezpieczne rozstaje dróg linii papilarnych

oddech odbijA się słodkim echem o twardość jego porośniętej mchem zbroii

ewenementalność dzwięku Piekielnie Uzależniających Męskich Dłoni pieczałowicie zasadzonych w czerwoności mojej jaskini

jęk wolności nie przeszywany atomowymi pierwiosnkami strachu

jeszcze nie istniejąca tysięcznokilometrowa niechęć dopuszczenia możliwość istnienia jakichkolwiek cząsteczek nie składających się z Nas

bucha oddechem zwycięstwa ŚwiadoMość sącząc jego słone krople Bosk I ego wyczErpania

tłoczenie lepkiej kRwi pod opuszkami ciężkimi od połykania nowych części żarzącego ciała

o świcie na polu wilgotnym od malinowego deszczu wychodzi jemu najlepiej

znakomicie lekko bawi się dłutem lutując kolorowe zfragmentowane odbicia mojego wszechświata

w miękkośĆ ciszy o smaku bananowoczekoladowym

PrzeMOC

WIELKA parówa uwięziona w ciele głupca bije pięścią leżącego.

Ja boże jestem za słaby by nadstawić drugi policzek

nawet za miękki by pierwszy nadstawiać

wypieram kunsztownie obrazy ociekające bólem

krusząc odwagę jak ciastko francuskie

nie dostaję w mordę i nie pomagam

bo mam w dupie ‚DOBRE’ uczynki

RZECZ POSPO LI TA 2012*

a gdzie śpieszno dziś młodej polsce naszej?

pędzą w garniturkach po starszym bracie

do labiryntów ze szkła co pękają podczas

Lunchu

zakrwawiając śliną polepione sumienie

trybikom obiecano awans na wahadło!

więc wyskakują ze swojego jai

po omacku PO mistrzowsku w egipskich ciemnościach NAKŁADAJĄ MASKI

aż w końcu stają się aktorami bez powołania

do dna gnają butelki co cyjankową rozbudza nadzieję

zestawiając ze sobą porysowane rysy twarzy bliskich z Modelowymi Gwiazdami Telewizyjnej Pornografii

wychodzą na –

  • 1 7 2 6 14 4 5

oh matko!

120 kilogramowy rzeźnik z księżycową mordą znów ukryty pod skórą

ciężarnym umysłem ciężarowca kroi mięso na kawałki od środka

ciężko ruszyć się z kanapy ku światłu

chyba znów się nażarł i wstałam lewą ręką ze ściany i odepchnęłam upadając

NO TO TERAZ POPYCHAJ MNIE!

Lub szepnij przyjaciółce śmierci

TY lko się chleb marnuje

A NAKARM NIM GŁODNE PTACTWO!

NADZIEJO PROSZĘ PAMIETAJ!

Zawsze odchodząc zostaw  drzwi choć lekko uchylone drzwi

eroTY

szpikulcem grzebienia mojej ostro trwałej ości kręgosłupa

ocieram się o myśl o Tobie pomrukując dźwięcznie

włosy znów rozproszone w kącikach ust uprawiają miłość z porami Twojej skóry

nie ma Cię?

Niewiarygodnie oddalone nasze duże palce od stóp tęsknią za ciepłem pieszczoTY

utkanym ze świtu pajęczym sznurem związuję je raz na zawsze

nieliczoną ilość godowych rytuałów zapisuję by pamiętać

nie zapomnieć

ostryg –

niewypiłowanych wypadkowych miłości


ZAKONNICA

(wiersz najlepiej smakuje w samotności schłodzonej utworem muzycznym Adama Hursta pod tytułem Rising – Powstanie)

Od tysiącleci

Przemieszczam swą widzialną część poprzez betonowe wyblakłe zimno

Stapiam się w śmiertelnym splocie z cichym chłodem pustynnych pomieszczeń

bóg, nie jest miłością!

Wnętrze gładko przyległych tkanek miękkich przepełnione OLBRZYMEM nicości

Jedynymi owocami związku z ‚Nim’ będą czerstwe martwe i cierpkie dzieci

Strach przed bólem zrodzonym z tesknoTY???

bóg nie jest miłością?

Łakoma pieszczot źrenic

Sterylnych sióstr ukrzyżowanych poświęceniem

Świadomie miotam wyzwanie pożądania w ich opustoszałe przestrzenie międzyudowe

Jęzorem jak skalpelem złowieszczo tną stęchłe powietrze

Lub jak ‚On’ bezkarnie milczą w strachu i niemocy

bóg nie jest miłością!

Świadomość pługiem bólu orze szare pory głodnej skóry

Grot piołunu przyssany do serca jak pijawka

Brakuje odwagi by wziąć diabła za rogi – przywiązać grzechem węża do szyi

Wiecznością zagasić niespokojne korytarze przygasłych źrenic

bóg nie jest miłością?

Zbiegam późną czernią bez śladu świetlików

Dorożki poprzeplatane wyuzdanymi kolorami sukien i pomad

Powłóczę szalem zazdrości o twardy bruk

Cień końca klasztornej pokuty maluje błogość

bóg nie jest miłością!

Rozprostowując włosy do łydek zatapiam w kanale (wraz z płaszczem) ostatnie okruchy przerażenia

Zrzucam kajdany ideologicznego piekła unosząc piersi

Och jak jędrne jeszcze i nabrzmiałe!

Słyszę tętent coraz cichszych kroków

Kropla teraźniejszości zwalnia pod malowniczym dźwiękiem oddechu czerni kruczego skrzyła

Końcem języka smakuję zbawienie

Mocnym szarpnięciem zbawiciel przypiera mnie do sklepienia łukowego

Spogląda przez szeroko otwarte okna źrenic

Ma oczy mędrca, twarz spokojną

Chwyta wygłodniałe dotyku nadgarstki

Uśmiechamy się

Oto Ja służebnica Pańska!

Rzuca mną o wieczną czarność ziemi

Pośladki drżą z podniecenia

Rozszarpuj siekaczami mój habit!

Na ćwiartki!

Jego usta podróżują po moich nagich wyspach wypełniając mnie po ostatni por uda

Przekłuwaj szybko szatańskim żądłem grzechu!

Uwalniaj demony rozkoszy!

Niech krwiożercza rozpusta wylewa się krwistością z kielicha życia!

Moje wnętrze jest świątynią światła

Za przyzwoleniem gładkość włosów oplata nagość szyi

Wciąż jest w środku i dusi coraz mocniej

A jednak bóg jest miłością!

W końcu szepną MAŁE słóWko W uszko Volanda

Ja Maria Małgorzata

Gasnę

Skradając odbicie sepii z oczu zbaWiciela

 

Przy kanale zjednoczenia W Wyblakłym od deszczu mieście….

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s